Ryszard Gaik – Pierwsza wizyta w Świętym Józefie (1938 rok). Fragmenty powieści „Ufaj, że wrócę”.

fot. Ryszard Gaik z matką i siostrą w ogrodzie przed domem w Korszowie.

Pierwszy pobyt w Świętym Józefie – jesień 1938 rok.

Po obiedzie, gdy mamusi złość minęła i już szliśmy na wspólny spacer do lasu, tatuś zaproponował, żebyśmy pojechali na wieś do babci. Pomożemy trochę w gospodarstwie, a poza tym przywieziemy na zimę trochę owoców. Już dawno tam nie byliśmy, a przecież babcia ciągle się dopytuje, kiedy przyjedziemy. Jeszcze mamusia nie zdążyła odpowiedzieć, a już z siostrą podnieśliśmy wrzask, że chcemy jechać na wieś do babci. Wprawdzie mamusia martwiła się, że tatuś nie jest jeszcze zdrowy, ale on uspokoił ją,  że czuje się dobrze, a lekarze nawet zalecili mu trochę ruchu. Za dwa dni byliśmy w drodze do babci.  Miejscowość nazywała się Święty Józef, leżała w powiecie Kołomyja, w województwie stanisławowskim. Od naszego miasteczka Korszowa, dzieliła ją odległość około piętnastu kilometrów. Były to tereny rolnicze, dość gęsto zalesione, z polami uprawnymi i pięknymi łąkami. A klimat i powietrze wydawały się tak zdrowe, że człowiek nabierał ochoty do życia.

Do Świętego Józefa jechaliśmy pociągiem. Stałem przy oknie wagonu i obserwowałem te wspaniałe widoki.  Na polach zboża już sprzątnięto, malowniczo żółciły się w słońcu  połaci rżysk gdzieniegdzie  zaoranej ziemi. Zaczęły się już wykopki i widać było grupki ludzi krzątających się przy pracy.
Z rozpalanych ognisk unosił się dym i zewsząd dolatywał zapach pieczonych ziemniaków.

Święty Józef był wioską bardzo dużą, a przynajmniej bardzo długą. Domostwa – gospodarstwa rozłożyły się wzdłuż głównej drogi biegnącej przez wieś. Na skrzyżowaniu dróg stała duża, murowana z czerwonej cegły szkoła, nieopodal mieściła się gmina, a dalej piękny kościół. We wsi znajdowała się również poczta. Wioska nie miała stacji kolejowej. Dla przyjezdnych było to dość uciążliwe. Dojeżdżało się pociągiem do którejś z pobliskich miejscowości, skąd należało wynająć furmankę, aby dotrzeć do wsi. Nam to nie groziło, ponieważ tatuś wcześniej zadzwonił z Korszowa do gminy w Świętym Józefie, powiadamiając dziadka, że przyjedziemy w odwiedziny i poprosił, żeby po nas wyjechali furmanką.

Dziadek był drugim mężem mojej babci, gdyż pierwszy po wyjeździe z kraju zmarł na tułaczce w Ameryce. Tak to się wówczas mówiło – na tułaczce. Nie zdążył nawet przysłać swojej żonie ani jednej paczki, nie mówiąc już o zabraniu jej wraz z trojgiem dzieci do kraju, w którym podobno lżej się żyło. Jak się okazało, dla niektórych poszukiwania za chlebem kończyły się tragicznie. W niedługi czas po śmierci męża, czyli mego prawdziwego dziadka, zmarł najstarszy syn mojej babci – Józef.  Nie umiem określić tej choroby, ale wyglądało to na gangrenę. Mimo operacji i leczenia szpitalnego, które pochłonęło niemal cały dorobek babci życia, chłopiec zmarł. Miał wtedy osiemnaście lat.  Po utracie męża, utraciła syna, którego bardzo kochała.

Po wielu latach, aby wychować dwie córki i jakoś egzystować na tym kawałku ziemi, który jej został, wyszła babcia za mąż za pana Kwiatkowskiego – sekretarza w gminie Święty Józef. Nie był to człowiek stworzony do pracy na roli chociażby z racji licznych obowiązków w gminie, ale muszę powiedzieć, że na gospodarce się znał. Swoimi przemyślanymi decyzjami postawił to gospodarstwo na nogi. Zresztą niepoślednią rolę odegrał tu zastrzyk finansowy, jakim dysponował ów sekretarz w gminie, gdyż wydatków miał chyba niewiele, bo był starym kawalerem.

My, dzieci, raczej go nie lubiliśmy, zawsze był bardzo poważny i niedostępny, wciąż nam na coś nie pozwalał. A szczególnie surowy był dla mnie, choć nie bez powodu. Pewnego razu, gdy dziadek golił się w kuchni przed lustrem, odsunąłem mu po cichu krzesło spod siedzenia kiedy wstał po ręcznik. Dziadek oczywiście rąbnął jak długi na środek kuchni, na co babcia, jak to się zdarza w takich sytuacjach, zareagowała gwałtownym śmiechem. Widok był naprawdę zabawny, ale nie zdawałem sobie sprawy, że wyczyn ten mógł zakończyć się tragicznie – dziadek przecież miał w ręku brzytwę.  Pretensji ze strony dziadka było co niemiara. Uciekłem na podwórze. Przez okno słyszałem, jak dziadek wykrzykiwał z oburzeniem, że przecież ten smarkacz mógł go wyprawić na drugi świat, a babcia się śmieje zamiast skarcić chłopaka za ten głupi żart. To spowodowało, że dziadek jeszcze bardziej boczył się na nas i chyba przez cały czas miał do mnie żal. Tak było do końca.

Na stację wyjechał po nas wujek Edek furmanką zaprzęgniętą w kasztankę. Miał wówczas około czternastu lat i był synem babci z drugiego małżeństwa. Bardzo zdolny chłopiec, ślicznie grał na skrzypcach i łanie śpiewał. Chodził wówczas do gimnazjum. Uczył się bardzo dobrze. Zawsze na koniec roku szkolnego przynosił do domu nagrody, co sprawiało rodzicom dużo radości, a szczególnie dziadkowi. Po przywitaniu usiadłem z wujkiem na koźle furmanki. Przecież inaczej nie wyobrażałem sobie jazdy abym nie trzymał lejc. I tak przyjechaliśmy do babci.

Gospodarstwo znajdowało się w centralnym punkcie wsi – naprzeciw szkoły. Była to czysta i zadbana zagroda. Ładny murowany, odnowiony dom. Po jego prawej stronie była obora, a obok duża drewniana stodoła. Całość ogrodzona była płotem z drewnianych sztachet. Za domem ciągnął się aż pod las duży sad. Przed oknami pod domem rosło bardzo dużo kwiatów, szczególnie zapamiętałem wielkie, różnokolorowe malwy. Babcia lubiła mieć wszędzie czysto. Na przykład kury nie śmiały chodzić po podwórku, miały swój ogrodzony wybieg, a żeby któraś weszła do sieni!! Nie do pomyślenia.

Babcia wyszła po nas przed dom. Już z daleka widać było, że ktoś stoi oparty o płot i kogoś wygląda, kogoś oczekuje. Radości przy przywitaniu nie było końca. Nawet pojawiły się łzy. Babcia bardzo nas lubiła. To skarb nie kobieta, dla nas oddałaby wszystko, ileż to razy przysyłała nam do domu różne produkty nie pytając, czy są w danym momencie potrzebne. Nie można było przecież tego odmówić.
– Kochana babciu, kochana babuniu, jak dobrze, że już jesteśmy u  ciebie – cieszyliśmy się razem z siostrą.

Po posiłku zaczęliśmy z siostrą buszować po całej zagrodzie. Do zabawy wciągnęliśmy nawet psa Burka, który zazwyczaj wolał wylegiwać się w swojej budzie. Przypominał mi się wtedy nasz Reks i króliki. Co te zwierzęta robią bez nas? Ostatnio je trochę zaniedbałem, wolałem więcej czasu poświęcić tatusiowi, chcąc nadrobić chwile rozłąki. Ale w końcu o Reksa i króliki nie miałem się co obawiać, zostały pod opieką Fiedora, który przychodził codziennie karmić uszatki.

Nasz dom w Korszowie nie był pusty, gdyż, jak wspomniałem, moi rodzice zawsze kogoś gościli. Ale tu? Tu okazał się miejscem istnych pielgrzymek. Do domu dziadków przychodzili niemal wszyscy ze wsi, zarówno w różnych sprawach służbowych, jak po tu, by pożartować, pośmiać się – bo Rózia, jak nazywali moją babcię, umiała opowiadać kawały najlepiej z całej wsi. Miała taki dar opowiadania, że nieraz z poważnej sprawy ludzie pękali ze śmiechu. Humor zawsze jej dopisywał. Nie wiem, skąd ta , po tylu przeżyciach, miała w sobie tyle temperamentu. Często zapytywano ją:
– Rózia, co ty robisz, że tak potrafisz bawić ludzi, ty chyba nie masz żadnych kłopotów.
– A któż ich nie ma – odpowiadała wtedy. – Kłopoty przychodzą same, nie proszone, należy je wyganiać albo zwalczać. A najlepiej to robić dobrym humorem i śmiechem, wtedy widzą, że pomyliły adresata i idą do sąsiadów, a u mnie pozostaje radość – żartowała.

Tego typu żarty zjednywały jej ludzi. Każdy wróżył jej długie lata życia za jej humor i śmiech. Ale życie przyniosło co innego. Wojna okazała się straszliwa, babcia zmarła w obozie w Oświęcimiu.

W Świętym Józefie spędzaliśmy czas wspaniale. Babcia dogadzała nam jak tylko mogła. Grono nasze powiększyło się jeszcze dodatkowo o trzy osoby. Do babci przyjechała też ciocia Marysia, starsza siostra mojej mamy, z mężem i córeczką. Mieszkali w Kołomyi, gdzie wujek Władek pracował na kolei. Powodziło im się bardzo dobrze, a Irenka, ich córeczka, była bardzo rozkoszną dziewczynką.

Babcia promieniała radością, że wreszcie całą rodzinę ma u siebie. Oczywiście było to z korzyścią dla gospodarki, bo wiadomo, na jesieni pracy w gospodarstwie huk i każdy starał się jak najwięcej pomóc. A wieczorami cała rodzina siadała do stołu i rozmowom nie było końca. Opowiadano o swoich radościach i kłopotach, jak zwykle, gdy zjeżdża się rodzina. Podsłuchałem raz, że mówiono o wojnie, ze Niemcy zajęli już dwa kraje sąsiadujące z nami i że mają apetyt na Polskę. Ale nasz minister Bek robi wszystko, aby łagodzić stosunki z Niemcami i aby do wojny nie doszło. Usłyszałem wtedy po raz pierwszy, że w Niemczech jest jakiś bardzo krzykliwy przywódca, który mówi i zapewnia o swojej polityce pokojowej, ale robi co innego. Jak się później dowiedziałem, tym przywódcą był Adolf Hitler. Mówiono również o nieprzychylnym stosunku do Polaków kolonistów niemieckich, najczęściej właścicieli różnych majątków i fabryczek, których na wschodnich terenach Polski było bardzo wielu. Wiedzieli oni dobrze co robią i komu mają się przypodobać. Sprawy polsko-niemieckie zdominowały niemal wszystkie inne tematy. Sąsiedzi, którzy często przychodzili wieczorami, wciąż przynosili jakieś nowe wiadomości o grożącej wojnie. Często były to informacje przesadzone, wyolbrzymione, ale też niestety, niektóre z nich okazały się później prawdziwe. W społeczeństwie wyczuwało się jakiś narastający niepokój. Próbowano się też pocieszać:
– Hitler nie odważy się napaść na Polskę – mówiono. – Mamy przecież Francję i Anglię za sobą!

Ale jakież to wszystko okazało się później złudne. Właściwe wydaje się tu powiedzenie – jeśli umiesz liczyć to licz na siebie. Nadszedł czas pożegnań, czas wyjazdu ze Świętego Józefa. Robiło się coraz chłodniej, a tatuś musiał już wracać do pracy. Z żalem i bólem serca odwiózł nas wujek Edek na stację.
W tym dniu wyjeżdżali również pozostali goście babci.  Żegnaliśmy się jak nigdy. Czyżbyśmy coś przeczuwali? Czy miało to być ostatnie spotkanie rodzinne u babci?

Dni w Korszowie upływały spokojnie. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Jak zwykle cieszyliśmy się z siostrą z choinki, z uroku nadchodzącej zimy. Cieszyliśmy się, bo wiedzieliśmy, że znowu będziemy jeździć z rodzicami na sankach, lepić śnieżki, hasać w puszystym śniegu, a to wiadomo dla dzieci wielka frajda.

Minęła zima. Nadeszła piękna wiosna. Cała przyroda jak zawsze o tej porze roku budziła się do życia. Rozkwitały pąki kwiatów, ogród nasz stawał się coraz bardziej zielony, a piękne trele ptaków słychać było co dnia. Chciało się żyć! Tymczasem tatuś przychodził z pracy markotny i zdenerwowany. Mówił ciągle:
– Helenko, jest źle, jest niedobrze!

Często rozmawiali o czymś, co przypominało mi tamte chwile i opowiadania zasłyszane u babci. Rozmawiali o wojnie. Często ktoś przychodził, przynosząc nowe informacje. Grozy tym pogłoskom dodawał fakt przeprowadzenie przez Komitet Samoobrony w miejscach zamieszkania próbnych alarmów przeciwlotniczych. Ponadto uczono obchodzić się z maskami przeciwgazowymi, uczono zaklejać i zasłaniać okna na wypadek użycia przez wroga gazów trujących, przygotowywano schrony itp. Dopiero teraz zacząłem się bać, chociaż nie zdawałem sobie sprawy z tego, co to jest wojna. Słyszałem wprawdzie, tam na wsi, jak starsi ludzie opowiadali o poprzedniej wojnie, o zabijaniu ludzi, ale nie mogłem tego rozumieć.

Przygnębienie rodziców było coraz bardzie widoczne. Wojna zbliżała się nieuchronnie. Jeszcze lato, ale jakże niespokojne. Jeszcze wspólne wycieczki, ale jakże inne niż poprzednie. Wycieczki bez uśmiechu, bez radości. Rodzice ciągle o czymś mówili. Nie byliśmy z tego zadowoleni, ale i niewiele też wtedy rozumieliśmy…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: