Ryszard Gaik – Ufaj, że wrócę (cz. 2)

Po wielu latach, aby wychować dwie córki i jakoś egzystować na tym kawałku ziemi, który jej został, wyszła babcia za mąż za pana Kwiatkowskiego – sekretarza w gminie Święty Józef. Nie był to człowiek stworzony do pracy na roli chociażby z racji licznych obowiązków w gminie, ale muszę powiedzieć, że na gospodarce się znał. Swoimi przemyślanymi decyzjami postawił to gospodarstwo na nogi. Zresztą niepoślednią rolę odegrał tu zastrzyk finansowy, jakim dysponował ów sekretarz w gminie, gdyż wydatków miał chyba niewiele, bo był starym kawalerem.

My, dzieci, raczej go nie lubiliśmy, zawsze był bardzo poważny i niedostępny, wciąż nam na coś nie pozwalał. A szczególnie surowy był dla mnie, choć nie bez powodu. Pewnego razu, gdy dziadek golił się w kuchni przed lustrem, odsunąłem mu po cichu krzesło spod siedzenia kiedy wstał po ręcznik. Dziadek oczywiście rąbnął jak długi na środek kuchni, na co babcia, jak to się zdarza w takich sytuacjach, zareagowała gwałtownym śmiechem. Widok był naprawdę zabawny, ale nie zdawałem sobie sprawy, że wyczyn ten mógł zakończyć się tragicznie – dziadek przecież miał w ręku brzytwę.  Pretensji ze strony dziadka było co niemiara. Uciekłem na podwórze. Przez okno słyszałem, jak dziadek wykrzykiwał z oburzeniem, że przecież ten smarkacz mógł go wyprawić na drugi świat, a babcia się śmieje zamiast skarcić chłopaka za ten głupi żart. To spowodowało, że dziadek jeszcze bardziej boczył się na nas i chyba przez cały czas miał do mnie żal. Tak było do końca.

Na stację wyjechał po nas wujek Edek furmanką zaprzęgniętą w kasztankę. Miał wówczas około czternastu lat i był synem babci z drugiego małżeństwa. Bardzo zdolny chłopiec, ślicznie grał na skrzypcach i łanie śpiewał. Chodził wówczas do gimnazjum. Uczył się bardzo dobrze. Zawsze na koniec roku szkolnego przynosił do domu nagrody, co sprawiało rodzicom dużo radości, a szczególnie dziadkowi. Po przywitaniu usiadłem z wujkiem na koźle furmanki. Przecież inaczej nie wyobrażałem sobie jazdy abym nie trzymał lejc. I tak przyjechaliśmy do babci.

Gospodarstwo znajdowało się w centralnym punkcie wsi – naprzeciw szkoły. Była to czysta i zadbana zagroda. Ładny murowany, odnowiony dom. Po jego prawej stronie była obora, a obok duża drewniana stodoła. Całość ogrodzona była płotem z drewnianych sztachet. Za domem ciągnął się aż pod las duży sad. Przed oknami pod domem rosło bardzo dużo kwiatów, szczególnie zapamiętałem wielkie, różnokolorowe malwy. Babcia lubiła mieć wszędzie czysto. Na przykład kury nie śmiały chodzić po podwórku, miały swój ogrodzony wybieg, a żeby któraś weszła do sieni!! Nie do pomyślenia.

Babcia wyszła po nas przed dom. Już z daleka widać było, że ktoś stoi oparty o płot i kogoś wygląda, kogoś oczekuje. Radości przy przywitaniu nie było końca. Nawet pojawiły się łzy. Babcia bardzo nas lubiła. To skarb nie kobieta, dla nas oddałaby wszystko, ileż to razy przysyłała nam do domu różne produkty nie pytając, czy są w danym momencie potrzebne. Nie można było przecież tego odmówić.
– Kochana babciu, kochana babuniu, jak dobrze, że już jesteśmy u  ciebie – cieszyliśmy się razem z siostrą.

Po posiłku zaczęliśmy z siostrą buszować po całej zagrodzie. Do zabawy wciągnęliśmy nawet psa Burka, który zazwyczaj wolał wylegiwać się w swojej budzie. Przypominał mi się wtedy nasz Reks i króliki. Co te zwierzęta robią bez nas? Ostatnio je trochę zaniedbałem, wolałem więcej czasu poświęcić tatusiowi, chcąc nadrobić chwile rozłąki. Ale w końcu o Reksa i króliki nie miałem się co obawiać, zostały pod opieką Fiedora, który przychodził codziennie karmić uszatki.

Nasz dom w Korszowie nie był pusty, gdyż, jak wspomniałem, moi rodzice zawsze kogoś gościli. Ale tu? Tu okazał się miejscem istnych pielgrzymek. Do domu dziadków przychodzili niemal wszyscy ze wsi, zarówno w różnych sprawach służbowych, jak po tu, by pożartować, pośmiać się – bo Rózia, jak nazywali moją babcię, umiała opowiadać kawały najlepiej z całej wsi. Miała taki dar opowiadania, że nieraz z poważnej sprawy ludzie pękali ze śmiechu. Humor zawsze jej dopisywał. Nie wiem, skąd ta , po tylu przeżyciach, miała w sobie tyle temperamentu. Często zapytywano ją:
– Rózia, co ty robisz, że tak potrafisz bawić ludzi, ty chyba nie masz żadnych kłopotów.
– A któż ich nie ma – odpowiadała wtedy. – Kłopoty przychodzą same, nie proszone, należy je wyganiać albo zwalczać. A najlepiej to robić dobrym humorem i śmiechem, wtedy widzą, że pomyliły adresata i idą do sąsiadów, a u mnie pozostaje radość – żartowała.

Tego typu żarty zjednywały jej ludzi. Każdy wróżył jej długie lata życia za jej humor i śmiech. Ale życie przyniosło co innego. Wojna okazała się straszliwa, babcia zmarła w obozie w Oświęcimiu.

* na zdjęciu: Edward Kwiatkowski, syn Rozalii Gielety-Kwiatkowksiej z drugiego małzeństwa

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: