Ryszard Gaik – Ufaj, że wrócę (cz. 1)

1. Przyjazd do Świętego Józefa.

Po obiedzie, gdy mamusi złość minęła i już szliśmy na wspólny spacer do lasu, tatuś zaproponował, żebyśmy pojechali na wieś do babci. Pomożemy trochę w gospodarstwie, a poza tym przywieziemy na zimę trochę owoców. Już dawno tam nie byliśmy, a przecież babcia ciągle się dopytuje, kiedy przyjedziemy. Jeszcze mamusia nie zdążyła odpowiedzieć, a już z siostrą podnieśliśmy wrzask, że chcemy jechać na wieś do babci. Wprawdzie mamusia martwiła się, że tatuś nie jest jeszcze zdrowy, ale on uspokoił ją,  że czuje się dobrze, a lekarze nawet zalecili mu trochę ruchu. Za dwa dni byliśmy w drodze do babci.  Miejscowość nazywała się Święty Józef, leżała w powiecie Kołomyja, w województwie stanisławowskim. Od naszego miasteczka Korszowa, dzieliła ją odległość około piętnastu kilometrów. Były to tereny rolnicze, dość gęsto zalesione, z polami uprawnymi i pięknymi łąkami. A klimat i powietrze wydawały się tak zdrowe, że człowiek nabierał ochoty do życia.

Do Świętego Józefa jechaliśmy pociągiem. Stałem przy oknie wagonu i obserwowałem te wspaniałe widoki.  Na polach zboża już sprzątnięto, malowniczo żółciły się w słońcu  połaci rżysk gdzieniegdzie  zaoranej ziemi. Zaczęły się już wykopki i widać było grupki ludzi krzątających się przy pracy. Z rozpalanych ognisk unosił się dym i zewsząd dolatywał zapach pieczonych ziemniaków.

Święty Józef był wioską bardzo dużą, a przynajmniej bardzo długą. Domostwa – gospodarstwa rozłożyły się wzdłuż głównej drogi biegnącej przez wieś. Na skrzyżowaniu dróg stała duża, murowana z czerwonej cegły szkoła, nieopodal mieściła się gmina, a dalej piękny kościół. We wsi znajdowała się również poczta. Wioska nie miała stacji kolejowej. Dla przyjezdnych było to dość uciążliwe. Dojeżdżało się pociągiem do którejś z pobliskich miejscowości, skąd należało wynająć furmankę, aby dotrzeć do wsi. Nam to nie groziło, ponieważ tatuś wcześniej zadzwonił z Korszowa do gminy w Świętym Józefie, powiadamiając dziadka, że przyjedziemy w odwiedziny i poprosił, żeby po nas wyjechali furmanką.

Dziadek był drugim mężem mojej babci, gdyż pierwszy po wyjeździe z kraju zmarł na tułaczce w Ameryce. Tak to się wówczas mówiło – na tułaczce. Nie zdążył nawet przysłać swojej żonie ani jednej paczki, nie mówiąc już o zabraniu jej wraz z trojgiem dzieci do kraju, w którym podobno lżej się żyło. Jak się okazało, dla niektórych poszukiwania za chlebem kończyły się tragicznie. W niedługi czas po śmierci męża, czyli mego prawdziwego dziadka, zmarł najstarszy syn mojej babci – Józef.  Nie umiem określić tej choroby, ale wyglądało to na gangrenę. Mimo operacji i leczenia szpitalnego, które pochłonęło niemal cały dorobek babci życia, chłopiec zmarł. Miał wtedy osiemnaście lat.  Po utracie męża, utraciła syna, którego bardzo kochała.

*na zdjęciu Rozalia Gieleta-Kwiatkowska (babcia autora) z synem Edwardem Kwiatkowskim (pośrodku) i wnukami (autor z prawej)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: