Zbigniew Jaszek – Z Pokucia na Dolny Śląsk (cz. 3)


3. Podróż i przyjazd do Św. Józefa. Osiedlenie i budowa domu.

Nad wędrówką Mojżesza do Ziemi Obiecanej czuwał sam Pan Bóg. Czy temu ich przesiedleniu przydzielony jest do opieki jakiś niebieski orędownik? Może święty Krzysztof, którego sam proboszcz prosił o opiekę nad swoimi parafianami, albo sam święty Wojciech. Naraz przypomniał sobie, że przy całej krzątaninie zapomniał zmówić porannego pacierza. Zaczął więc, jak zwykle, od dziesięciorga przykazań. Tak modląc się i rozmyślając dojechałdo Jarosławia, gdzie przyjeżdżał na targ i odpusty. Tu zatrzymał się na krótko, aby napoić konie, po czym wjechał na równy ubity gościniec prowadzący w kierunku południowym doPrzemyśla. Tymczasem pobudzili się chłopcy. Najmłodszy wcisnął się na kolana ojca, adwóch starszych usiadło po jego bokach. Babcia zajęła się krojeniem chleba. Konie trzepniętelejcami przeszły w kłus i wystukiwały na utwardzonym bruku miarowy takt. Zgodnie zwcześniejszą naradą zamierzali w pierwszym dniu podróży odskoczyć jak najdalej. Słońce osiągnęło już swój majowy zenit, gdy tabor złożony z siedmiu zaprzęgów dojechał doPrzemyśla i z lewego Zasania poprzez most na rzece i w prawo, gdzie drogowskaz wskazywałkierunek na Sambor. Zielona łąka nad Sanem, którego koryto osłonięte było gęstą wikliną, zachęcała do odpoczynku. Wyznaczono czas na południowy posiłek, pojenie koni i obrok. Przed zmrokiem należało dojechać do Sambora. Wprawdzie to tylko ponad 40 km, aledroga już nie taka wygodna jak ta z Jarosławia do Przemyśla.

Słońce opadało już ku zachodowi i tylko skok barana oddzielał go od ciemnej ściany boru, gdy karawana zaprzęgówz głośnym turkotem wtoczyła się na ulicę Przemyską rozległego o wiejskiej zabudowie przedmieścia Sambora. Po prawej stronie ulicy przy zajeździe ”Dniestr” wyglądający na Żyda mężczyzna kłaniał się kapeluszem i natarczywie prosił o zatrzymanie i przyjęcie gościny. Furmanki wjechały na rozległe podwórko. Wszyscy ruszyli do studni, aby ugasićpragnienie i zmyć kurz, przynajmniej z rąk i twarzy. Gospodarz był bardzo gościnny,namawiał na pozostanie dłużej. Zaczął opowiadać o ciekawostkach miasta., że najbardziej interesujące będą wały po zamku wojewody Mniszka, gdzie w roku 1604 odbywały się przygotowania do wyprawy Dymitra Samozwańca na Moskwę. Niestety, nawet historia tego wydarzenia nie wzbudziła zainteresowania tych, którzy jak najszybciej pragnęli dotrzeć do celu. Widząc to karczmarz udzielił wielu pożytecznych rad odnośnie dalszej drogi i polecił skorzystanie ze znanych mu zajazdów w Drohobyczu, Stryju i Kałuszu. Korzystając z tych wskazówek tabor chłopski z Majdanu Sieniawskiego późnym wieczorem trzeciego dnia podróży dotarł do grodu Rewery Potockiego nad dwoma Bystrzycami, do Stanisławowa. Byli bardzo znużeni, ale jednocześnie szczęśliwi, że tak bez „złych przygód” i w dobrym zdrowiu stanęli na progu u drzwi do krainy swego przeznaczenia- Pokucia. Na nocleg Agnieszka z małym Jędrusiem i matką udały się do zajazdu. Wojciech z chłopcami na wozie. Mimo zmęczenia długo nie mógł zasnąć. Konie wyprzęgnięte, ale przywiązane do wasąga stukały łbami o jego deski, a on wpatrzony w rozgwieżdżone niebo rozmyślał o dniu jutrzejszym.

O świcie zerwał się z barłogu i nie oglądając się na pozostałe zaprzęgi, niebawem wjeżdżał na szosę w kierunku Kołomyi. Na 23 kilometrze w miasteczku Otynia skręcił na wiejską drogę, błotnistą i wyboistą, ale to już tylko siedem kilometrów do celu. Przejeżdżali obok tartaku w Siedliskach, wiosce zamieszkałej w dużej części przez kolonistów niemieckich. Jacek zauważył sunące wózki napełnione drewnem.
-Tatusiu, popatrzcie, te wózki jadą bez koni.
-Konie są niepotrzebne, bo jadą z góry, ale w ostatnim wagoniku przy hamulcu siedziczłowiek i pilnuje, żeby nie jechały za szybko. Puste wagoniki wypycha się pod górę i dlategoczęść tej wioski powyżej nazywają teraz Wypychanówką.

Zbliżali się do niej błotnistą drogą, która wiodła pod górę dnem głębokiego zadrzewionego parowu. Roznosił się zapach dziko rosnących, a teraz ukwieconych czereśni,wiśni i czeremchy. Wjechali na najwyżej położony w tej okolicy płaskowyż, stanowiący dział wodnydorzecza Dniestru w kierunku północnym i dorzecza Prutu w kierunku południowym,następnie skręcili w uliczkę ciągnącą się na zachód. Po obu jej stronach pobudowano dla tymczasowego zamieszkania osiedleńców koliby. Przy jednej z nich opuszczonej przez rodzinę, która przeniosła się już do nowowybudowanego domu, wyładowali przywiezione rzeczy. Kobiety zajęły się sprzątaniem, aWojciech pojechał z chłopakami na swoje pole, obejmujące parów po obu stronach rzeczkiKołomyjki i ziemię, która miała być przeznaczona do zaorania, ale na razie w dużej częścibyła porośnięta lasem. Ciągnęła się na południe od ulicy o nawierzchni nieutwardzonej. Ulica wzięła nazwę od rzeki, bo biegła równolegle do jej krętego parowu od ulicy Warszawskiej na zachód aż do Majdańskiego Lasu.Pierwszą posiadłość od ulicy Warszawskiej zajmował Tomasz Świętanowski, który budowę swego gospodarstwa miał już na ukończeniu. Wojciech Pokrywka w czasie pierwszego swego przyjazdu zapoznał się z nim, jako przyszłym sąsiadem, a teraz przy spotkaniu otrzymał propozycję tymczasowego zamieszkania. Wrócili więc niezwłocznie do koliby, aby zabrać kobiety z dzieckiem i pozostałe rzeczy.

W tym pionierskim okresie osiedleńcy okazywali sobie wzajemną życzliwość, służyli radąi pomocą. Napływało ich coraz więcej, głównie z głębi Galicji. W okresie od 1891 do 1897 r.Sąd w Delatynie wydał aż 313 aktów notarialnych zawartych kontraktów, które następnie wroku 1899 intabulował Sąd Obwodowy w Stanisławowie. Plan przestrzeni wioski opracowany przez Księdza Karola Przyborowskiego wykorzystywał walory topograficzne, ale zawierał akcenty patriotyczne. Obejmował 13 ulic, których nazwy Polakom żyjącym pod zaborami przypominały o istnieniu niegdyś zjednoczonej i niepodległej Rzeczpospolitej. Przez środek wsi z północy na południe biegła ulica Warszawska. W takim też kierunku prowadziły jeszcze dwie ulice: Poznańska na zachodzie i Brodki na wschodzie. Pozostałe ulice usytuowane były ze wschodu na zachód, a więc: Koliby, Kościelna, Szkolna, Lwowska, Głowackiego,Cegielna, Dworska, Polna i Kołomyjka. Na tych terenach jeszcze przed stu laty szumiała dziewicza puszcza. Natomiast schyłek wieku XIX i początek XX przyniosły wzmożone osadnictwo i rozwój życia gospodarczego. Powstawały tartaki, młyny, browary i gorzelnie. Sięgnięto po bogactwa ziemi. W 1879 r wPasiecznej, Bitkowie i Pniowie rozpoczęto eksploatację ropy naftowej. W Staruni i Kosmaczuodkryto wosk ziemny. W Łanczynie i Kniażdworze warzono sól. Powstawały też huty szkła i niewielkie huty żelaza połączone z kuźnicami. Walory krajoznawcze i klimatyczne sprzyjałyprzekształcaniu się niektórych miejscowości w uzdrowiska
(Jeremcze, Worochta, Łanczyn,Kosów, Kuty, Żabie). Na ten okres przypada także początek ruchu turystycznokrajoznawczegow Galicji wschodniej, a szczególnie na Pokuciu. W Kołomyi bowiempowstał jako jeden z pierwszych oddziałów, utworzonego w Zakopanem w 1873 r PolskiegoTowarzystwa Tatrzańskiego. Do spopularyzowania Huculszczyzny i rozpoznania łańcucha górskiego Czarnohory w największym stopniu przyczynił się utworzony w 1906 r we Lwowie Akademicki Klub Turystyczny, którego pierwszym prezesem w latach 1906-1911 był Mieczysław Orłowicz, autor wielu prac krajoznawczych i przewodników turystycznych, w tym „ Ilustrowanego przewodnika po Galicji” ( Lwów 1914). Działacze klubu wytyczali i znakowali pierwsze szlaki turystyczne w zakątku Karpat i organizowali wycieczki.

Ziemia, na której przyszło im zamieszkać zachwyciła wszystkich, ale zwłaszcza chłopców. Przybyli tam w okresie jej pełnego wiosennego rozkwitu. Po obfitych marcowych roztopach uspokoiły się wody Kołomyjki. Teraz jak w zwierciadle odbijały się w jej toni ciemnozielone olchy i srebrno-złociste kotki iwin. Łąkę rozległego parowu pokrywałkobierzec świeżej zieleni traw i wielobarwnych kwiatów. Było to wymarzone miejsce do zabawy.
W przyrodzie trwało wielkie ożywienie. Szczególnie ruchliwe i krzykliwe było ptactwo. Koncertowi tej skrzydlatej orkiestry towarzyszył dochodzący z różnych stron budującej się wioski stuk siekier. Ptactwo i ludzie budowali swoje gniazda. Dziadek zaczął odstajni, do której dobudował izbę przeznaczoną dla tymczasowego zamieszkania. Do rozpoczęcia budowy domu potrzebne były dębowe podwaliny. Dziadek pojechał po te kloce na skład drewna, znajdujący się między ulicami: Szkolną i Kościelną. Pracujący tam Rusini nazywali to miejsce „Skiedką”. Nazwa ta utrwaliła się wśród Ukraińców i była używana naokreślenie całej polskiej wioski.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: