Julia Mądrzak – Historia rodziny Przyborowskich

Julia Mądrzak – Historia rodziny Przyborowskich.
Spisała bratanica Księdza Karola Przyborowskiego p. Julia Mądrzak

Pamiętajcie

Miłość nasza jest jak wiosna
Śpiewnie kwiecista i radosna
Wiosnę każdy wspomina mile
Jak również młodości chwile

Krótkie są chwile radości
Żalem żegnamy wiosnę
Lata płyną za latami
Młodość zostaje za nami

Gdy szronem otoczone jest głowa
Odmienionych latach rozmyślać gotowa
Marzenia o złych i dobrych czynach
O miłowanych istotach synach i córkach

Człowiek jest coś wart gdy zdrowy
Usłużyć mu każdy gotowy
Ale gdy zła wola go nawiedzi
Zapomina o nim najbliżsi sąsiedzi

Ukochane dzieci pamiętają
I z wnukami odwiedzają
Miłość niewinna wzrusza
Matki raduje się dusza

Zdrowsza jestem gdy dzieci zobaczę
Wnuczętom niejedne figle wybaczę
Bo szczęśliwe są dziecinne lata
Gdy się dziecię bawi i figle płata

Postanowiłam w cichej godzinie
Opisać pamiętnik o mojej rodzinie
Gdy wnuki o rodzinę będą pytać
Pozwólcie im te kartki przeczytać

Nie będę ubierała kwiatami słowa
Wiek mój podeszły stara więc mowa
Prawda będzie w ubogiej treści
W której cząstka życia mego się mieści.

Ząbkowice Ś. 1964                                      Julia Mądrzakowa

 

Narodziny Karola.

Ksiądz Karol Przyborowski był proboszczem parafii Mariahilf i założycielem wsi Św. Józefa, budowniczym kościoła w stylu gotyckim oraz pierwszym proboszczem parafii. Kościół podczas II wojny nie został zniszczony, po wojnie władza radziecka z pomocą wojska zaminowała go, a uzyskany gruz zużyła na budowę zagród kołchozowych w latach 1949.

Pradziadkowie Ks. Karola Przyborowskiego mieszkali w Przedborowiu pow. Brzesko, parafia Szczepanów – okolice Krakowa. Mieli dworek w Przyborowiu, od nazwy właścicieli nazwana została wieś Przyborów. Dziadek zginął w powstaniu styczniowym w 1864r.  Została żona i synek Jan, wyrósł na zdrowego, wysokiego mężczyznę. Do wojska Polacy nie chcieli iść, bo byli w niewoli pod zaborem austriackim. Jednej nocy była branka do wojska, potrzebowali żołnierzy do regimentu cesarskiego, wysokich ludzi. Otoczyli dom Przyborowskich i zabrali Janka do wojska cesarza Austro-węgierskiego na 10 lat, długo służył w wojsku w Wiedniu. Poznał w Wiedniu pannę Marię Sznajder, po zwolnieniu z wojska ożenił się z nią i wrócił z żoną do Przyborowia. Po powrocie zajął się odbudową majątku, zapanował w rodzinie spokój i żyli szczęśliwie. Do całkowitego szczęścia zabrakło im tylko dzieci bo cóż im z tego, że majątek odbudowali, ale dzieci się nie chowały, zaledwie się dziecko urodziło, pożyło kilka dni i umarło, martwili się tym bardzo. Byli bardzo pobożni, udali się na grób Św. Stanisława Szczepanowskiego i tam złożyli ślubowanie Bogu i Św. Stanisławowi, że jeżeli ich Pan Bóg obdarzy dzieciną ofiarują ją na służbę Panu Bogu. Jak widać Pan Bóg za przyczyną Św. Stanisława wysłuchał ich prośby. Na świat przyszedł syn – zaraz zawieźli go do chrztu w swej parafii w Szczepanowie, biorąc po drodze dwoje ubogich staruszków za chrzestnych. Na chrzcie otrzymał imię Karol, po chrzcie poszli przed ołtarz Św. Stanisława i ponownie złożyli ślubowanie, że jeżeli się syn będzie chował oddadzą go na służbę Bogu i wykształcą go na księdza.

Widocznie, że ofiara serc dobrych małżonków miła bogu była – bo po niejakim czasie urodził się drugi syn, imię dostał na chrzcie Izydor (był to mój ojciec), po nim jeszcze urodziły się jeszcze cztery siostry: Weronika, Maria, Magdalena i Anna. Dzieci chowały się zdrowo i szczęśliwie. U Przyborowskich radość była wielka, płynęły lata, synowie uczyli się w szkole parafialnej w Szczepanowie, po ukończeniu szkółki parafialnej Karola oddali do gimnazjum – mając na myśli ślub uczyniony co do tego dziecka, Izydora przeznaczyli na gospodarza następcę. Dziewczęta po skończonej szkółce parafialnej zostały w domu pracując przy pomocy matce w gospodarstwie.

Seminarium i ucieczka do Krakowa.

Karol skończył gimnazjum, został przyjęty do seminarium duchownego, gdy był na drugim roku teologii powstał strajk kleryków, bunt przeciwko surowej dyscyplinie w seminarium. Ponieważ bunt rozpoczęli klerycy drugiego roku seminarium, za karę rozpuścili cały drugi rok seminarium, tak orzekł sąd duchowny. Karol należał do tej grupy, dlatego i on poniósł klęskę i musiał wracać do domu. W Przyborowiu ojciec nie uznał usprawiedliwienia Karola i kazał mu wracać, syn tłumaczył ojcu, że nie ma gdzie wracać w tym roku, że chciałby zostać w domu przy rodzicach. Ojciec rozgniewany wziął dyscyplinę i zaczął bić Karola. Karol ukląkł i zaczął przepraszać ojca, prosząc o przebaczenie, ale rozgniewany ojciec bił bez pamięci. Matka Karola widząc go tak bitego, krzyknęła i zemdlała. Na jej krzyk wpadł do Izby mój ojciec i chwycił ojca za ręce, prosząc, by jego bił, a nie Karola, bo on jest silny, a Karolkowi przebaczył, bo to tylko chucherko słabe. Dostało się ojcu też, ale ojciec miał dosyć, bo przestał bić i kazał synowi precz iść z domu, bo on przysięgał Bogu, że Karol będzie kapłanem i przysięgi nie złamie.

Opuścił Karol dom rodzinny i udał się do Krakowa pieszo, brat Izydor odprowadził go do samego Krakowa, bo bardzo mu było brata żal. Matka od tego czasu chorowała, bo dawniej mąż był władcą całego domu, biedna kobieta nic nie mogła zrobić dla syna.  W Krakowie Karol w ciągu roku nie mógł się dostać na żadną uczelnię, szukał pracy zarobkowej, której trudno było dostać, nocował na plantach. Udało mi się dostać pracę w przedsiębiorstwie Fijakierskiego, jako pomoc przy koniach. Ciężko mu było, aczkolwiek rodzice mieli wielką gospodarkę, było dosyć koni, jednak on był izolowany od tej funkcji przy gospodarce, ponieważ od dziecka uczył się poza domem, a do tych robót byli inni, nie umiał się obchodzić z końmi. Po niejakim czasie poznał tajniki kierowania dorożką i musiał sam, bez niczyjej pomocy dorożką jeździć. Niestety zgubił się w kierowaniu dorożką i i omal nie rozjechał starej kobiety. Musiał więc dalej szukać pracy, gdy był zmęczony poszukiwaniem siedział na ławce w parku.

Pewnego razu, gdy był bardzo wyczerpany chodzeniem za pracą i siedział na ławce w parku, zatopiony w swych myślach pełen rozpaczy, przystąpił do niego starszy pan i rozpoczął z nim rozmowę. Od kilku dni obserwował go chodząc na spacer do parku, zawsze spotykał go na na ławce smutnego i samotnego i jakby czymś zmartwionego. Czy nie zechciałby mu się zwierzyć, może on, starszy człowiek znajdzie jakąś radę. Karol poczuł dziwną sympatię do tego pana i otworzył mu swą duszę. Opowiedział o Tarnowie, o rodzicach i jak teraz szuka pracy i mieszkania, oraz o tym, że mu się nic nie wiedzie. Opowiadanie Karola wzruszyło starszego pana, powiedział, że się nim zajmie, mieszkanie da mu u siebie. W zamian Karol miał pomagać w nauce jego synowi, który robił kursy politechniczne, przy tym sam się będzie  mógł uczyć. Starszy pan był inżynierem budowlanym w Krakowie. Karol z radością wielką przyjął tę posadę, był szczęśliwy, że znalazł dom z opieką. Uczeń był bardzo zdolny, Karol uczył się z nim. Egzaminy zdał celująco, a nauczyciel został spalony na ostatnim egzaminie. Widocznie takie było przeznaczenie. Lata płynęły, Karol dalej mieszkał w domu u inżyniera chodząc na wykłady do szkoły politechnicznej, o posadę również postarał się opiekun.

Aniela.

W domu inżyniera, oprócz jego syna i żony byłą też córeczka Aniela, jedynaczka, była bardzo piękna, zawsze chodzili razem na spacery, bo Karola uważali jak syna, bo bardzo go lubili i przyzwyczaili się do niego. Karol zakochał się w tej panience, ani na myśl im nie przyszło, że mogą się z nim rozstać. Karol otworzył swe serce przed swoim opiekunem, przepraszał, że nadużył zaufania, że pozwolił temu uczuciu zagościć w sercu, ale stało się to pomimo jego woli i teraz prosi o jej rękę. Ojciec Anieli uścisnął jego głowę i powiedział, że nie widzi nic złego w tej miłości – z radością mu córkę odda, tylko musi jechać do swego ojca i matki i prosić o błogosławieństwo.

Pojechał Karol do swych rodziców prosić o pozwolenie i błogosławieństwo. Przy pożegnaniu z narzeczoną prosił Karol by na drogę ofiarowała mu pocałunek, jeżeli go chce choć trochę lubić to musi pozwolić się pocałować. Aniela oczy spuściła i powiedziała pięknym głosem – Ja cię Karolku kocham, ja cię bardzo lubię, ale buzi dam, aż po ślubie.

Zapytacie państwo, skąd ja to wiem, przecież tato nie mógł mi tego opowiadać. Po śmierci stryja księdza Karola dostał się do moich rąk pamiętnik księdza, bo ksiądz przed śmiercią dał wydrukować swój pamiętnik z całego życia, a ja czytając już jako dorosła panna wyczytałam ten urywek i oferuję jako koniec tej miłości.

Pojechał Karol do rodziców, myślał, że po tylu latach rozłąki ojciec udzieli mu błogosławieństwa, lecz tam niestety ojciec był nieubłagany, tylko przypomniał mu, że Karola ofiarował Bogu, więc on jest Boży i nie ma prawa żądać, by mu dał zezwolenie na ślub oraz udzielił błogosławieństwa. Zrozum synu, że twoje miejsce przy ołtarzu, przy służbie Bogu. Cóż miał zrobić nieszczęśliwy młodzieniec. Zmartwiony, z sercem zranionym poddał się wolu Boga i ojca. Zgodził się jechać do Seminarium duchownego we Lwowie. Ojciec sam go swymi końmi odwiózł. Karol musiał się zgodzić z wolą upartego ojca, bo wiedział, że nie ma po co wracać do Krakowa, panna nie wyszła by za mąż bez błogosławieństwa rodziców, bo tak wszyscy czynili, że byli posłuszni rodzicom i nic nie robili wbrew ich woli choć to miało być ich nieszczęściem. Wiedział, że nigdy jej nie zapomni i nie przestanie Anieli kochać jeśli będzie  w pobliżu niej, dlatego zgodził się wyjechać do Lwowa.

Studia we Lwowie i pierwsze lata kapłaństwa.

Karol został przyjęty we Lwowie na Teologię przez Ks. Arcybiskupa Józefa Bilczewskiego. Opowiedział Biskupowi całe swoje życie przeszłe, pobyt w seminarium w Tarnowie, o wielkiej miłości i o woli rodziców by oddał się całkowicie na służbę kościoła. Świątobliwy Arcybiskup  zrozumiał Karola, pocieszał jak ojciec, obiecał, że mu pomoże te krzyże dźwigać, zaprowadził go do kościoła przed ołtarz i radził mu wielką miłość do narzeczonej złożyć u stóp Pana Jezusa, a obiecuje mu, że dozna wielkiej ulgi na duszy. Długo trwał w rozterce Karol, nim zdecydował się donieść narzeczonej i jej ojcu o woli swego ojca i o swym pozostaniu w seminarium we Lwowie. Ojciec Anieli długo zwlekał z doręczeniem listu Karola, ale ona sama przeczuwała, że Karol nie dostał pozwolenia i pojechał do Lwowa, bo tak mówili sowie przy pożegnaniu, ojciec wręczył jej list, Aniela na pozór była wesoła, ale było widać, że niknie w oczach. Poczęła chorować, wciąż z rodzicami opowiadała o Karolu, tęskniła i z tęsknoty umarła na chore serce – tak lekarze orzekli (prawda wyjęta z pamiętnika księdza Karola).

Godzinę śmierci przeczuł Karol , był wówczas na wykładach – Aniela stanęła mu w oczach jak żywa, żegnała się – ze wzruszenia zemdlał. Po przyprowadzeniu go do przytomności  na pytania Arcybiskupa co się stało?, Karol opowiedział swemu ojcu duchownemu swoje widzenie. Za parę dni dostał list od ojca Anieli, że umarła o tej godzinie kiedy on zemdlał. Zdumienie było wielkie i stwierdził ten fakt, że jest łączność duchowa, że dusze spotykają się na przestrzeni ze sobą. Wielka miłość umarła.

Od tego czasu mógł się oddać bez reszty na służbę Bożą (te fragmenty przytaczałam w pozostawionym pamiętniku Ks. Karola). Szkoda, że zginął ten pamiętnik Ks. Karola, mego stryja.  Było tam dużo ciekawych fragmentów: o rozbiorach Polski, panowaniu cesarza Austro-Węgierskiego, o naszych przodkach i założeniu wsi Św. Józef. Pamiętnik ten zabrał Aleksander Stojałowski, miał go wydać, ale podczas pierwszej wojny światowej został spalony z całą biblioteką Aleksandra.

Po wyświęceniu na kapłana Ks. Karola, Arcybiskup dal na wikariusza do Brodków, po kilku latach został proboszczem na Bukowinie w Kimpolungu. Tam sprowadził całą rodzinę z Przyborowa: ojca swego, brata i siostry. Matka umarła w Przyborowiu, był na jej pogrzebie jako kapłan. Matka bardzo cieszyła się i była szczęśliwa, że spełniły się ich śluby – była słabowita więc szczęścia nie wytrzymała. Syn ubrał ją w białą suknię i zawsze twierdził, że to, że jest kapłanem, to matki zasługa, w tej intencji codziennie odmawiał różaniec.

Po śmierci żony ojciec Ks. Karola upadł na zdrowiu, nie miał sił do pracy, sprzedał majątek w Przyborowiu, podzielił między swoje dzieci i wyjechał do syna. Karol opiekował się nim troskliwie i czuł się szczęśliwym, że może być z ojcem. Ojciec nie żył długo i cieszył się ukochanym synem. Bóg go powołał do siebie.

Historia ciotki Anny. Piadyki.

Stryj Ks. Karol będąc już w Mariahilf-Kołomyja miał rodzinę blisko siebie. Najmłodsza siostra Anna była bardzo piękna. Pewnego dnia przyjechał z wycieczki z Węgier hrabia Sztemberg-Stojałowski. Było ich dwóch braci, jeden był księdzem, wielkim patriotą, rewolucjonistą, ludowcem, a drugi drugi wielkim podróżnikiem. Zatrzymał się Hrabia na plebanii u stryja, zobaczył naszą ciotkę Anne, zakochał się od pierwszego wejrzenia i oświadczył się. Ks. Karol mitygował hrabiego, że to przemijająca chwila uniesień, fantazja wielkopańska – jednak Hrabia serdecznie przekonywał stryja. Stryj poprosił go o rok na zastanowienie się. Jeśli do roku nie zmieni zdania i rodzina pozwoli na ten mezalians, niech za rok przyjedzie, to wówczas odda mu rękę siostry. Wszyscy sądzili, że chwilowy nastrój przejdzie i Hrabia zapomni, niestety nie zapomniał i punktualnie za rok przyjechał z matką Hrabiną, która ponowiła prośbę syna – i tak ciocia Anna wzięła ślub z została hrabiną Sztemberg, wyjechała na Węgry do zamku męża. Za rok przyszedł na świat Aleksander. Matka umarła. Ojciec zrozpaczony wyjechał w podróż w świat, a syna Olka zostawił na wychowanie u ciotki Marii Franczak zostawiając mu dowody: metryki, tytuły hrabiowskie oraz klejnoty rodowe.

Ojciec mój Izydor Przyborowski i matka z domu Lis pozostawiając w rodzinnych stronach tylko dwie siostry matki we wsi Łęki: Karolinę Kubala i Anielę Żurek, postanowili wyjechać za rodziną na Pokucie w okolice Kołomyi. Ojciec przyjął dzierżawę majątku od księżnej Puzyny w Piadykach. W tej miejscowości urodziłam się jako dwunaste dziecko dnia 22 maja 1897 r. Ponieważ dawałam małe znaki życia Księżna Puzyna poniosła mnie do chrztu do cerkwi grecko-katolickiej, bo kościół rzymsko-katolicki był w Mariahilf oddalony 10 km od Piadyk, a tu czas naglił, trzeba było ochrzcić chociaż z wody nim dziecko umrze. Bóg jednak nie chciał mnie zabierać, pozwolił rozwijać się zdrowo, by za 5 lat iść do uzupełnienia chrztu w kościele rzymsko-katolickim w Św. Józefie.

Księżna Puzyna była bezdzietną osobą, mąż dyplomata przebywał w Wiedniu, często przychodziła do mojej mamy, by zobaczyć, jak chowa się jej chrześnica. Chciała koniecznie by rodzice oddali mnie jej na własność. Księżna obiecywała mi raj na ziemi, tytuły książęce, majątek.

Niejednej matce zaimponowałaby taka propozycja, tym bardziej, że była nas kupka spora dzieci, więc była jakby ochronka w domu. Ale moja ukochana mateczka nie mogła mnie oddalić od grona tych uśmiechniętych dzieciaków. Nie mogła się wyrzec na zawsze tej istoty, którą nosiła pod sercem, a teraz tuląc do serca karmiła piersią. Za to o Matko – Cześć Twojej Pamięci!!!

Założenie wsi Św. Józef.

W Piadykach nie byliśmy długo. Rodzice kupili w Majdanie Granicznym parcelę. Były tu lasy bez dróg, w lasach żyły dzikie zwierzęta. Przyjeżdżali Polacy z całej Galicji, obierali sobie pewne obszary dla osiedlania się.

Z początku stawiali szałasy, prowizoryczne domki. Wydzielone lasy każdy musiał wycinać, karczować karpinę, przygotowywać ziemię do uprawy. Ciężka to byłą praca, do pomocy mieli tylko siekiery i kilofy, nie było maszyn, pomagała tylko młodzież i dzieci. Pomagali sobie – żyli jakby byli jedną rodziną pomimo tego, że pochodzili z różnych stron Polski. Szanowali się bardzo tworząc jakby wolną Polskę. Pan Bóg im pomagał, bo spokój i zdrowie mieli, nawet dzikie zwierzęta nie zakłócały im spokoju. Wybudowali kaplice z drzewa, gdzie Msze odprawiał nasz stryj Ks. Karol Przyborowski. Cieszył się, że tak szybko rozwija się osada. Dzieło jego rosło w oczach, znikały bory. Domki wyrastały jak grzyby po deszczu. Łany zbóż kołysały się, działki w lesie wyglądały jak szachownice. Stryj Ks. Karol jeździł na koniu od domu do domu, udzielał rady i pomocy, nawet leczył, gdy był ktoś w osadzie chory, bo znał medycynę. Ludzie dalej przybywali do wioski, on wymierzał obszar lasu, spisywał kontrakty. I tak powstawała piękna wioska z ciemnych borów.

Do miasta Kołomyi było trzy mile, cegłę musieli z tak daleka wozić. Ks. Karol Przyborowski postanowił założyć w wiosce cegielnię, by ulżyć doli ludzkiej, by mieli własną cegłę na piece i budynki. Przy zakładaniu cegielni duży wkład włożył mój ojciec Izydor Przyborowski, Michał Franczak i Grochola. Oni to nauczyli ludzi wypalać cegłę. Własna cegielnia pomogła ludziom wybudować z cegły najpierw małą szkołę, a potem dużą piętrową.

Dzieci których było coraz więcej w osadzie miały się gdzie uczyć. Z początku uczył je sam ksiądz, ale później dostał jednego nauczyciela, który zajmował się dziećmi. Drewniana kaplica nie mogła pomieścić wiernych, postanowili więc pobudować kościół murowany i zmienić nazwę wsi.

Znikały dziewicze bory, zniknął majdan robotników leśnych, więc powstałej wsi należy dać nazwę na której żyli „kowale” tej ziemi chwalący Boga. Za patrona tej wsi obrano Św. Józefa, cieślę i robotnika, oraz nazwę wsi zmieniono na Św. Józef. Nazwa ta została potwierdzona wydanym dekretem przez Cesarza Franciszka Józefa i uwidoczniona na mapach Galicji. Ludzie zaczęli budować drogi według planu sporządzonego przez Ks. Karola, żyli w spokoju i ciszy z dala od politycznych spraw.

Dzieciństwo i lata szkolne.

Gdy skończyłam sześć lat otrzymała tabliczkę i rysik, zaczęłam chodzić do szkoły, która była oddalona o 2  od naszego domu. Dom wybudował ojciec z cegieł własnej cegielni. Zawsze się dziwiłam dlaczego stryj i rodzice zakładając wioskę, domek swój postawili tak daleko od szkoły i kościoła, nawet daleko było do dwóch ciotek sióstr ojca i tu też stryj planował rozłożenie rodziny oddalonej od siebie. Dom rodzinny był przy ulicy Cegielnej. Franczaki mieszkali przy ulicy Głowackiego, a Grochola przy ulicy Koliby-Warszawska. Tu innego zdania był ksiądz Karol. Kierował się zasadą im dalej serce od serca się oddala, tym bardziej serce do serca się zapala.

Podczas budowania naszego domu  stał się wypadek o którym trudno zapomnieć. Obok domu był dół w którym gaszono wapno. Ja mimo zakazu zawsze bawiłam się na desce, która byłą położona nad dołem. Murarz, który budował dom nazywał się Pijak, ja lubiłam go drażnić, przezywać, bo mi zawsze cukierki dawał. W tym dniu widząc, że taty nie ma w pobliżu weszłam na deskę i zaczęłam skakać i wołać na murarza, który był na rusztowaniu: Pijac! Pijac! Bo dobrze nie wymawiała tego nazwiska. Podczas skakania deska się przechyliła i wpadłam do wapna. Krzyczałam, wołałam taty i mamy, trzymałam się trawy na brzegu, ale trawa rwała się, a ja coraz to głębiej zapadałam się w gęste wapno. Włosy były tylko na powierzchni, ustami prawie dotykałam wapna, trawy zabrakło by się trzymać, zdawało się że koniec ze mną będzie. Tato w ostatniej chwili zjawił się, złapał nieposłuszną córkę za włosy i wyciągnął na brzeg. Mama też przyszła z domu na krzyk murarza, mimo że wapno ściekało ze mnie, dała kilka klapsów, zamiast pocałować. Tak sobie myślałam, nie zdawałam sobie sprawy, że ja tu zawiniłam i nastraszyłam swoich drogich rodziców, czekała na litość i czułość. Ot dureńka ze mnie była dziewczyna, miałam może cztery lub pięć lat. Choć to było dawno, zapamiętałam ten strach w wapnie. Od tego czasu starałam się być posłuszna. Poczciwego murarza już nie przezywałam, natomiast kiedy byłam w mieście i spotkał mnie ukłonem ze słowem „Pijac!”. Nawet gdy wychodziłam ze ślubu to gratulował mi tym słowem, ale to słowo to było wypowiedziane ze szczerą troską i życzliwością.

Beztroskie dziecinne lata minęły gdy zaczęłam chodzić do szkoły. Droga do szkoły prowadziła przez nie wycięte zupełnie lasy. Nikt mnie nie odprowadzał, każdy miał za mało czasu, zajęty był pracą. Nieraz biegłam ścieżką i upadłam potknąwszy się o jakiś konar drzewa, rozbiłam tabliczkę, w szkole nie miałam na czym pisać. Trzeba było długo czekać na nową tabliczkę, gdy ktoś okazyjnie jechał do miasta i kupił nową tabliczkę.

Nie raz dostałam linijką od nauczyciela. „Pace” t.j. uderzenie linijką w dłoń. W tym czasie wolno było bić dzieci w szkole, chociaż w przypadku dziewczynek było to bardzo niesprawiedliwe i głupie, bo zabawa i śpiew dzieci na pauzie może przeszkadzały, ale nie wiedziały o tym i trzeba było im to wytłumaczyć.

Lubiłam jak do szkoły przyjeżdżał stryjcio Ks. Karol Przyborowski. Uczył religii, po nauce bawił się z dziećmi na podwórzu i rozdawał wszystkim słodycze. Na początku w szkole uczył jeden nauczyciel, więc Ks. Karol musiał pomagać mu uczyć oprócz religii innych przedmiotów. Wykładał historię, geografię a nawet uczył pisania literek na tabliczce. Z biegiem lat jak wioska zaludniała się, przybywało coraz więcej dzieci, było więcej nauczycieli i pomoc księdza poza religią nie była już potrzebna.

Przygoda w drodze do szkoły. Budowa kościoła i emigracja do Ameryki.

Dzieci w Św. Józefie były odważne, same bez opiekunów szły do szkoły. Dziś w mieście i na wsi, choć dzikich zwierząt nie ma, ale grozi niebezpieczeństwo od przejeżdżających samochodów, które są większym niebezpieczeństwem aniżeli dawniej dzikie zwierzęta na wsi, które były postrachem dla ludzi dla ludzi samotnie przechodzących przez las.  Pewnego razu latem biegłam krótszą drogą przez lasek koło cegielni. Pamiętam byłam w białej sukience, po obu stronach ścieżki rosły duże trawy, była jeszcze mała – w pierwszej klasie. Gdy biegłam tylko głowa sterczała ponad trawami i warkoczyki huśtały się w takt biegu. Koło lasku usłyszałam jakieś mruczenie, stanęła i zobaczyłam jak pod grubym dębem rusza się i podnosi coś kudłatego, okropnego. Myśląc, że może to sąsiad chce mnie nastraszyć przystanęłam i zaczęłam grozić mu palcem. Ej Jasiek, ty mnie nie strasz, bo jak powiem tacie to popamiętasz ruski rok. Nagle ten rzekomy Jasiek podnosi się, ma duże oczy, paszczę jak smok. Gdy zobaczyłam jego ruchy uciekłam jak na skrzydłach. Niedaleko była chata gospodarza Madeja, który stał na progu, krzyknęłam, że goni mnie niedźwiedź i upadłam nieprzytomna na ziemię. Gospodarz zwołał domowników i poszli szukać niedźwiedzia, ale zniknął gdzieś w głębi lasu lub schował się do jakiejś jamy, których było dużo. Niedźwiedź musiał być najedzony, skoro nie był łasy na małą dziewczynkę, mruczał tylko, że mus sen przerwałam. Od tego czasu chorowałam. Po wyzdrowieniu nie chodziłam już sama przez las, zawsze mnie ktoś odprowadzał. Od tego czasu zbierało się więcej dzieci i szli gromadnie.

Wioska zaludniała się z każdym dniem, lasy znikał z powierzchni Św. Józefa. Nowy kościół z każdym dniem rósł w górę, każdy mieszkaniec wioski szedł nosić cegłę i inne materiały. Nawet dzieci, które  chodziły do szkoły, po nauce parami szły na budowę kościoła wraz z nauczycielami, by codziennie choć jedną cegłę podać murarzowi. Dawniej dźwigów nie było, murarze mieli dużo pracy, potrzebowali pomocników do noszenia cegieł. Na widok dzieci niosących cegły uśmiechali się i nazywali nas krasnoludkami. Krasnoludki cieszyły się, że są ważnymi istotami, bo starsi pozwalają im pomagać i zawsze obiecywali, że na drugi dzień przyjdą. Przychodzili zawsze, budowa kościoła sprawiała im wielką radość. Starsi i rodzice cieszyli się, że dzieci mają ochotę do dobrych czynów.

Tak spokojnie mijały lata za latami w naszej zacisznej wiosce. Starsze dzieci wyjeżdżały do miasta na naukę, celem zdobycia jakiegoś fachu-rzemiosła. Także moi bracia wyjechali, Alojzy na naukę do ślusarza. Wojciech lubił muzykę. Stryj Ks. Karol pomógł mu dostać się do konserwatorium. Po jakimś czasie do wioski przyjechali agenci w celu zwerbowania ludzi do roboty na Saksy i do Ameryki. Brat Alojzy dał się namówić i wyjechał wraz z innymi młodzieńcami do Ameryki. Wszyscy w domu bardzo żałowali brata. Najwięcej płakała nasza mama, tato też chodził smutny. Alojzy długo płynął okrętem, może miesiąc, a może i więcej, dawniej nie było podróży tak wygodnych i szybkich jak dzisiaj. Gdy Alojzy poznał Amerykę i tamtejszą pracę przysłał kartę okrętową dla sióstr. Najpierw pojechała Karolcia, tam wyszukała pracę dla Bolci. Bolcia długo tam nie była, nie czuła się tam dobrze. Gienia pojechała na miejsce Bolci. Marynia z mężem i dziećmi wyjechała do Lubli powiat Jasło. Tak liczna nasza rodzina malała, kurczyła się w domu, z każdego kąta wychodziła tęsknota za nieobecnymi. Wyjazd każdego dziecka z domu rodzice bardzo przeżywali.

Tym wyjazdom za ocean przeciwny był nasz stryjcio Ks. Karol. Pragnął, by jak najwięcej młodzieży zostało, miał nadzieję, że z niej zmartwychwstanie wolna Polska. Tego pragnął i do tego przygotowywał swój kochany lud, którego otaczał opieką i któremu służył radą. Trudno było jednak zatrzymać młodzież rwącą w świat daleki. Wielu z nich nie wróciło już do kraju. Jedni umarli z trudów i tęsknoty, inni założyli tam rodziny z nadzieją ,że wrócą kiedyś, gdy Ojczyzna ich zawoła.

W Św. Józefie ciężka praca i życie posuwały się naprzód. Dzieci chodziły do szkoły, uczyły się. Chodziły do szkoły przeważnie latem, zimą były duże śniegi tworzące zaspy jak góry. Dlatego do jednej klasy chodziło dziecko prawie dwa lata. Ja też musiałam tak chodzić, do szkoły miałam daleko, zimą nawet dorosłemu niebezpiecznie było iść samemu ponieważ dookoła stały jeszcze lasy w których zamieszkiwał wilk i niedźwiedź, robiąc wypady na spokojną wioskę. W nocy widać było jak wilk spoglądał do okna. Nieraz tato wychodził ze strzelbą i za chwilę było słychać strzały.

Wyjazd do szkoły w Kołomyi.

Do czwartej klasy chodziłam już do nowej piętrowej szkoły. Przy końcu roku dostałam bardzo dobry stopień. Wręczanie świadectw dzieciom odbywało się bardzo uroczyście, podobnie do dzisiejszych akademii. Zjeżdżali się dostojnicy z powiatu, były śpiewy i deklamacje. Deklamacje udały się. Ja też mówiłam patrząc na ukochanego stryja, a on zamiast patrzeć na mnie, zastawiał oczy ręką, a później zobaczyłam łzy spływające spod okularów. Ja widząc łzy w oczach ubóstwianego stryja, myślałam, że na pewno źle deklamuję, a jemu wstyd. Nie znałam jako dziecko uczucia niepokoju, dręczyły jego serce, potem jak umarł zrozumiałam Ks. Karola i jego przeczucia. Nie było mu dane oglądać już długo jego dzieła: budowy Św. Józefa. Ja jednak wówczas o tym nie myślałam, dlatego powracam do tego i jego łez. Gdy skończyła deklamację Ks. Karol podał mi jako nagrodę małą broszurkę, tytuł jej był „Modlitwa Polskiego Dziecka”. Wręczając mi powiedział głośno: „Masz tą książeczkę, bo jak pojedziesz do Ameryki żebyś nie zapomniała pacierza”. Ja rozczarowana że taką nagrodę dostałam, rozpłakałam się i odpowiedziałam głośno: „Ja nigdy nie pojadę do Ameryki, bo się morza boję, a pacierz umiem, bo mnie mam nauczyła”. Nasza nauczycielka przytuliła mnie do siebie  i uspokajając zaczęła, że ja jutro dostanę ładną nagrodę tylko żebym była grzeczna, przystąpił do nas Ks. Katecheta Wasierski i wręczył mi w pięknej oprawie mój modlitewnik pt. „Memento Mori”. Tą książeczkę długo miałam, aż podczas zawieruchy I wojny światowej, zaginęła mi w okopach. Po egzaminie ze świadectwami poszłam do domu z rodzicami, którzy również byli na tej uroczystości. Nie długo miałam żal do stryja, bo za kilka godzin przyjechał do nas do domu, dał wszystkim dzieciom cukierków, a mnie dał piękne książki o dawnej Polsce i dzisiejszych czasach. Posadził mnie obok siebie i powiedział, że mu sprawiłam wiele radości w dniu dzisiejszym. Dałem ci przy wszystkich małą książeczkę byś nie była dumna, ale gdy podrośniesz zrozumiesz że dałem ci małą książeczkę, ale wartościową, bo drukowaną jeszcze w wolnej Polsce, a dziś już jej drukować nie wolno, więc radził mi dobrze schować na pamiątkę. Był to piękny dzień w moim życiu. W tym też dniu naradzał się stryjciu z tatem moim i radził niby, gdy skończę uzupełniającą szkołę, na drugi rok winien dać mnie do Kołomyi, gdzie sam mnie zapisze i postara się o internat dla mnie u Sióstr Urszulanek.

Rodzice bardzo się ucieszyli, że ich drobinka, na którą niedźwiedź miał apetyt, pojedzie do miasta i będzie się mogła uczyć. Spełniły się moje marzenia – chodziłam do szkoły wydziałowej im. Królowej Jadwigi w Kołomyi.

Wioska Św. Józef pięknie wyglądała, jak małe miasteczko. Było kółko rolnicze, które prowadził brat Olek de Sztemberg-Stojałowski. Było jeszcze więcej sklepów, nawet było targowisko, które co tydzień było czynne w wyznaczonym dniu. Można było kupić co się chciało, była też karczma Srula, który ją prowadził.

Lubiłam tą wioskę, a szczególnie nasz domek, który stał na górce, otoczony z trzech stron stawem, stał jakby na wyspie, w ogrodzie były drzewa, pełno uli z pszczołami. Tato bardzo lubił pszczoły, a my miód. Naokoło było pełno łąk pokrytych kwiatami polnymi. W lecie było pięknie. To piękno pokryły szrapnele, które padały gęsto w czasie pierwszej wojny światowej i zniszczyły wszystko co zorganizował Ks. Karol Przyborowski i zbudowali zamieszkali tu ludzie. W zimie tu było jak na sybirze. Śniegi wielkie, które tworzyły wysokie zaspy, że nie można było wejść do domu. Zima mimo że ciężka, ale miała swój urok, dzieci w czym miały i na czym miały  zjeżdżać z wysokich zasp śnieżnych. Podczas wielkich mrozów wszyscy przeważnie siedzieli w domu, mama przędła len na kołowrotku „kądziel”. Tato palił fajkę i opowiadał nam różne historie o Polsce, a najwięcej o naszej rodzinie, o naszych pradziadkach, o których pisałam dla pamięci moich wnucząt.

W pierwszym roku ciężko szła mi nauka, bo braki wiedzy miałam ze szkoły w Św. Józefie, nie uczono mnie tam języka ruskiego, gdyż założyciel szkoły Ks. Karol Przyborowski zastrzegał sobie, by tego języka nie uczono, bo tam mieszkają sami Polacy, więc nie chcą sobie języka mowa ruska. Kto nie miał zamiaru dalej się kształcić, to mu ten język był niepotrzebny. Ruski język opanowałam na tyle, że pisać umiałam, ale nie mogłam się nauczyć akcentować i tak do dzisiejszego dnia nie umiem.

Oda do Julii.

Smutek i żałoba zapanowała w 1910 roku, bo nasz ukochany stryjek Ks. Przyborowski umarł. Zdawało się, że rodzice wypiszą mnie ze szkoły, bo utrzymanie mnie w mieście kosztowało, ale tu z pomocą przyszedł mój ukochany brat Alojzy z Ameryki, tak przy jego pomocy mogłam się uczyć spokojnie aż do pierwszej wojny światowej. Do domu przyjeżdżałam tylko na święta i wakacje. W starszych klasach przed wakacjami przygotowała nas nauczycielka do występów teatralnych amatorskich, by na wakacjach można dawać było przedstawienia, gdy wybieraliśmy się gromadnie w góry do Łanczyny, Worochty i Mikuliczyna.

Pięknie było na wycieczkach pod opieką nauczycieli. Brali też udział studenci z gimnazjum, nauczycielka która uczyła nas różnych sztuk, miała brata w VIII klasie i on dobierał sobie kolegów i tak przy gitarach, mandolinach jeździliśmy pociągiem, a śpiewy młodych rozchodziły się po Karpatach. W niedzielę dawaliśmy przedstawienia, gdy był deszcz zbieraliśmy się w klasie, w szkole i przy śpiewach graliśmy i flirtowali w modne w tym czasie karty flirtowe bez rozmowy, pod tytułem „Rozmowy kwiatów”. Czasem był to flirt niewinny, ale czasem zakręcił niejednej w głowie.

Będąc w VIII klasie przygotowaliśmy sztukę „Noc w Belwederze”. Próby się dobrze udały. Wyjechaliśmy z przedstawieniem na Zielone Święta do Łanczyna. Ja przed sztuką deklamowała wiersz „Do Matki Polki”. Na sali matrony oczy z łez ocierały. Przed przedstawieniem ubieraliśmy się, wtem przyszedł brat nauczycielki p. Zygmunt Dallinger i prosił by mu przypiąć order do munduru, bo już wychodzi na scenę, ja przypięłam mu, ale tak niezgrabnie, że wbiłam w ciało szpilkę, a on ani nie jęknął, tylko szybko wbiegł na scenę. Tam była strzelanina, on niby strzelał do Księcia Konstantego, a Książę do niego (były to pukawki dziecinne). Wtem niby ranny czwartak p. Zygmunt Dobrzyc upadł na ziemię – zemdlał, bo tak przypięłam order do piersi i krew przeciekała przez mundur. Publiczność została przerażona, że aktor zabity, nastąpił verites-ruch, kurtyna zapadła. Pana Zygmunta ocucono, wówczas dowiedzieli się o przyczynie zemdlenia i krwi pana Zygmunta. Pan Zygmunt nie zdradził, że to ja mu wbiłam szpilkę z orderem do piersi. Ale ja byłam bardzo zmartwiona, płakałam bardzo, nauczycielka myślała, że ja na widok krwi i zemdlenia tak płaczę. Ta tajemnica zbliżała nas ku sobie. On się śmiał ze mnie, że ja się tym martwię, że on nie powiedział siostrze, że to ja wbiłam mu szpilkę i twierdził, że zemdlał na widok krwi, że upadł na ziemię to i tak musiał, bo scena tego wymagała, gdyż został zabity w tej scenie.

Od tego czasu asystował mi zawsze, grał pięknie na gitarze, śpiewaliśmy razem, a jak podali karty do flirtu, to przysyłał mi piękne zdania wyznania, komplementy itd. We mnie budził się niepokój, aż mnie zęby zaczęły boleć. Pisał wiersze na moją cześć, nawet ułożył „Odę do Julii”. Oto jej fragment:

Jasnowłosa w pukle zaplatana
Fikse – fokse na niej, ładnie zbudowana
Malinowe usteczka, perłowe ząbki
Oczęta ruchliwe jak jak dwuletnie dąbki
Słowem powiedziawszy to Djana szczytna
Jako gwiazdka mała nigdy nie uchwytna itd.

Wierszami poił moją duszę i przyznać się muszę, że byłam z nich bardzo dumna. W internacie pokazałam, czytałyśmy wszystkie, niektóre odpisywały, wierszyki takie łatwe były. Gdy przyszły wakacje zostałam zaproszona na wieś Św. Stanisław do Lesi Kolisówny. Jej siostra wychodziła za mąż. Został zaproszony p. Zygmunt Dallinger z kolegą Tadeuszem Styczyńskim. Był to narzeczony Lesi. Na weselu wszyscy tańczyli, przyszedł do mnie pan Zygmunt poprosić do tańca. Nie umiałam dobrze tańczyć i odmówiłam, wyszedł na dwór i nie widziałam go nigdy więcej na weselu. Na drugi dzień Tadzio powiedział Lesi, że Zygmunt po mojej odmowie wyszedł i długo spacerował, potem przyszedł do niego, do pokoju. Zaczął bawić się rewolwerem i przestrzelił sobie dłoń. Teraz leży chory i gorączkuje. Poszliśmy do niego.

On patrzył na mnie długo, jakby z wyrzutem. Żal mi go było, rozpłakałam się i wyszłam z pokoju. Pan Zygmunt pojechał do domu do Kołomyi, ja do Św. Józefa .Pisał do mnie często karteczki i piękne różowe listy z wycieczki  na której był podczas wakacji z kolegami. Pewnego dnia dostałam zaproszenie od Zygmunta siostry, a naszej nauczycielki, żebym przyjechała na parę dni do niej. Jest sama w domu, rodzice wyjechali do Czerniowiec. Pojechałam. Ona pięknie grała na fortepianie, przywiozłam jej kilka nut o które mnie dawno prosiła. U nas w domu leżały one bezużytecznie, nasz brat umarł, zostawił ich dużo wraz z fortepianem. Miała nam kiedyś oddać, gdy będą potrzebne. Czas miło nam upływał. Na trzeci dzień wrócił z wycieczki Zygmunt. Choć była nauczycielką lubiła figlować. Domyślała się, że jej brat smali koperczaki do mnie, chciała się upewnić o jego uczuciach. Wymyśliła pewne doświadczenie. Powiedziała, że jestem u niej w gościnie, tylko że teraz nie może mnie zobaczyć, aż wieczorem, bo jestem trochę chora i położyła mnie do łóżka. Zygmunt poszedł do miasta a Waleria przyszła do mnie i powiedziała mi, że przyjechał jej brat i ona chce się trochę zabawić. Ubierze mnie na biało, rozpuści włosy i położy na prowizorycznym katafalku. Ciekawa była co jej brat powie. Bałam się trochę tej tragikomedii, ale nauczycielka kazała, jak można było odmówić. Na umówioną godzinę położyła mnie w bieli, po bokach zaświeciła świece, sama myślałam że umarłam. Pani Waleria wyszła z krzykiem do pokoju pana Zygmunta udając rozpacz, że ja zdaje się umarłam. Zygmunt wpadł do pokoju, zobaczył mnie upadł na ziemię ,zemdlał. Pani Waleria wówczas naprawdę się nastraszyła nie wiedziała co robić, jak go ratować, ja natomiast nie ruszałam ze wzruszenia czy ze strachu. Chciało czy nie chciało, szczęście że dorożka z pociągu przywiozła rodziców, zaczęli ratować syna. Wyprowadzili go do jego pokoju, a pani Waleria z tej emocji jaką zgotowała sobie siedziała bez ruchu. Dopiero matka przyszła i zaczęła krzyczeć na nas i lać wodą, dopiero przyszłyśmy do przytomności , cała burza zwaliła się na córkę – moją nauczycielkę. Była ona jedynaczką, kochali ją rodzice i bracia, było ich trzech, jeden był księdzem. Całą noc pani Waleria badała mnie, czy ja go kocham, czy ja go lubię. Odpowiedziałam, że bardzo go lubię, bo jest ładny, gra na mandolinie i śpiewa. Tego dnia miałam wrócić do domu, przy pożegnaniu mnie zapytali co by było gdyby był umarł, mnie łzy zasłoniły oczy, dalej mówić nie mogłam, uścisnął mi dłoń lecz pani Waleria zawołała że dorożka już stoi. Sama pani Waleria odwiozła mnie do Św. Józefa.

Pierwsza Wojna Światowa.

Długo marzyłam o pięknym studenciku, on jeszcze pisał piękne wiersze, wyznał mi miłość swoją wielką z której cieszyłam się. Zygmunt żył nadzieją że jak skończy studia będzie mógł oświadczyć się oficjalnie, tak radzili mu rodzice. Cieszy się, że zacznie się rok szkolny i znów będziemy się widzieli, on bardzo tęsknił. Niestety marzenia studencika i moje nie spełniły się, rozbiła je pierwsza wojna światowa w 1914 roku. Młodzi poszli do wojska. Na mobilizację pobrano Polaków i zostali wysłani na front do Bośni. Dostałam kilka kartek z frontu z Sarajewa i wiadomość że jest ranny i odwożą go na Węgry. Potem już nie miałam żadnych wiadomości. Siostra jego Waleria wyszła za mąż za właściciela fabryki pana Biskupskiego. Była to bratobójcza wojna, Polacy z Austrii bili  się z Polakami służącymi pod rozkazami cara Mikołaja. Po kilku miesiącach kiedy Rosjanie zajęli część Galicji południowo-wschodniej, zabrali gospodarzom to co znaleźli, brali konie, zboże. Zabierali mężczyzn z pozostałymi wozami, końmi, zabrali również tatę na forszpan, odwozili rannych za granicę. Zostaliśmy same z mamą. W nocy baliśmy się, żołdacy dobijali się do drzwi, wyłamali drzwi i pytali się gdzie są doczki. Ja słysząc ich w kuchni wyskoczyłam przez okno do ogrodu, potem zapukała do sąsiada ale nikt mi nie odpowiedział, byłą noc księżycowa, usłyszałam tętent koni i zobaczyłam jadących kozaków, schowałam się w kopkę zerwanych z dachu mokrych kiczek, byłam w koszuli i zaczęła mnie trząść febra. Zobaczyłam, że nie ma  nikogo, wyszłam z ukrycia i zapukałam do sąsiadów, sąsiadka mnie wpuściła do domu, ogrzała i przebrała. Tato też wrócił ale bez koni a ja odchorowałam z temperaturą nic nie wiedząc.

Przyszła zima 1916 roku bardzo ciężka dla całej wioski i kraju, bo nie dosyć że wojna, kule pękają ludzi zabierają, jeszcze do tego nawiedziła naród epidemia ospy. Ludzie co dziesiąty umierali. Nastąpiło przymusowa szczepienie ale na trzeci dzień zachorowałam, dostałam gorączki i całe ciało miałam obsypane ospą. Obawa była wielka o moje zdrowie dlatego że niedawno przechodziłam zapalenie płuc. Lekarzy nie było, przykrywali mnie prześcieradłem zakrapianym winem, czy to jakaś specjalna woda była, przynosiło mi to ulgę. Piłam tylko herbatę rumiankową, a śmietaną skrapiali moją ospę. Trzy miesiące leżałam, mój organizm zwyciężył.

II Wojna Światowa i repatriacja na Ziemie Zachodnie.

Podczas pierwszej wojny światowej wieś Św. Józef bardzo ucierpiała od działań wojennych, co przez szereg lat  budowali ludzie w pocie czoła w parę dni zniszczyli nieprzyjaciele armatami. Gdy zbliżał się front wojenny ewakuowano całą wioskę, domy zburzyli lub spalili. Mieszkańcy uciekali w góry by być jak najdalej od frontu. Rodzice zatrzymali się w Nadwórnie wraz z dobytkiem, ponieważ ja nie byłam jeszcze zdrowa, rodzice kazali mi jechać wraz z rodziną brata ciotecznego Aleksandra Stojałowskiego do Lubli koło Jasła, do siostry Marysi, mąż jej był na froncie włoskim w Tyrolu. Szwagier mój Jan Majchrowicz był oficerem kawalerii. Siostrzyczka została sama z kłopotami, bo trzeba było wszystkich wyżywić, dać chleba, ubrać.

Radość spotkała mnie wielka bo odnalazł się mój brat Karolek, którego zabrali austriacy z taborem wojskowym, młody był bo miał zaledwie 16 lat i musiał znosić trudy wojenne. Poświęcił się za brata ciotecznego  Grocholskiego Jasia z Kamionek u którego był na praktyce kowalskiej. Karol wyjechał kilka mil za Kamionki i linia frontu przecięła mu powrót i tak się musiał tułać z podwodami wojskowymi. Spotkaliśmy się w Lubli koło Jasła jadących na Wiedeń. Pobyt u Marysi skończył się szybko. Bolcia z Wiśnicza napisała, że spodziewa się dziecka, więc Marysia wysłała mnie do Bolci do Wiśnicza. Pomagałam siostrze jeżdżąc ze zbożem do ciotek zamieszkałych we wsi Łęki powiat Brzesko. Były to siostry mojej mamy. Zboże mleło się w żarnach by upiec chleb. W późniejszym czasie dostałam pracę w Urzędzie Skarbowym i tam poznałam swego męża Zygmunta Mądrzaka. Po wojnie zamieszkaliśmy w Kołomyi, mąż pracował w Urzędzie Skarbowym, a ja wychowywałam dzieci, które kształciły się. Druga wojna światowa sparaliżowała nam spokojne życie, mąż musiał ukrywać się przed zsyłką na Sybir i ja też z dziećmi. Zamieszkaliśmy w Św. Józefie u mojej mamy. Dwóch synów Niemcy wywieźli do Niemiec na przymusowe roboty. W Św. Józefie znów przebiegała linia frontowa, ewakuowano nas. Zamieszkaliśmy koło Jasła, tam też przeszłą linia frontowa. Po przejściu drugiego frontu kazano nam wracać na wschód. Wróciliśmy do Św. Józefa. Zastała nas nowa gehenna, wieś zniszczona działaniami wojennymi, dom zniszczony, obawa przed rzezią ludności polskiej przez nacjonalistyczne bandy ukraińskie. Zamieszkaliśmy w budynku probostwa we wsi, gdzie skupili się wszyscy rozbitkowie wsi. Tak przeżyliśmy mordy rodzin polskich we wsi, aż do repatriacji. Na ziemiach zachodnich osiedlono nas w Ząbkowicach Śl. Sama pracowałam w Urzędzie Pocztowym dopóki miałam siłę do pracy.

Ząbkowice Śl  1964 rok.                                            Julia Madrzak

 

 

 

 

 

Reklamy

2 Komentarze

  1. Jestem mieszkańcem Przyborowa i zbieram materiały o historii tej miejscowości. We wspomnieniach Pani Juli Madrzak znalazłem wiele cennych i dotychczas mało znanych informacji związanych z Przyborowem. Chciał bym je wykorzystać w amatorskiej publikacji, dla tego proszę o kontakt osobą, która zamieściła powyższy materiał.
    Chętnie nawiążę kontakt z innymi osobami, które mają informacje o miejscowości Przyborów w Małopolsce.
    Pozdrawiam.
    Tomasz Żurek
    luksserwis@wp.pl
    tel 609 023 119

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: